-Hope?-Odezwał się głos w słuchawce.
-Ta, Hemmo słuchaj jest sprawa. Bo ty masz tych swoich kolegów nie?
-No mam, a co..?
-Spytaj się ich, który chce zarobić. Są z Tobą?
-A wiesz, że tak? Czekaj zaraz spytam. Wiesz co, wezmę na głośno mówiący.
W tej chwili usłyszała głosy kolegów Luka.
-Chłopaki, który chce zarobić? Ja, ale zależy na czym. Ja też bym chętnie zarobił, oczywiście jeśli to będzie warte swojej płacy. Dobra, siostra to mam dwóch ochotników, ale zależy na co, tak więc, o co właściwie chodzi.
-Hm jakby to ująć. Założyłam się z kolegą i teraz aby wygrać przydałby mi się ktoś, kto będzie w stanie udawać mojego chłopaka.
-No to grubo! Michael, Calum co wy na to? Ja się wycofuje, myślałem, że to będzie coś łatwiejszego, no i Van by mnie zabiła za taką robotę haha. Ale ja chętnie spróbuje. Raz się żyje jak to mówią. Haha Czyli znalazłaś sobie chłopaka! Haha
-Mam tylko nadzieję, że twoja twarz nie wygląda jakby ktoś ją zjadł i następnie zwymiotował ją.
-Spokojnie, za taką buźką oszalejesz.
-Aha, mam tu już takiego, co mówi tak samo hm.
-Tyle, że ja nie kłamie haha.
-Dobre, hah to spotkamy się jutro koło może 15 w kafejce czy naleśnikarni?
-Naleśnikarni! To go wtedy przyprowadzę i posiedzę z wami.
-Huh no dobra Hemmo, to do jutra, a ty przygotuj się na nie lada wyzwanie.
-Do jutra!
Zakończyła rozmowę i wróciła do środka.
Spodziewała się tam chłopaków, Natalie, ale nikogo nigdzie nie było. Przeszła jeszcze kilka kroków wołając ich i rozglądając się za nimi, ale nigdzie nie mogła ich dostrzec.
Z jednej strony zdziwiona, a z drugiej przerażona nie wiedziała, co ma robić.
Nagle zadzwonił jej telefon. Nie patrząc na wyświetlacz odebrała go szybkim ruchem dłoni.
-Halo..-chciała spytać, kto dzwoni, ale głos po drugiej stronie jej przerwał.
-Cześć kochanie, pamiętasz mnie?
-Nie, nie, nie. Zostaw mnie, rozumiesz?!-krzyknęłam do telefonu po czym się rozłączyła.
Teraz serio się bała. Poszła szybko do kuchni i wyciągnęła z szafki największy możliwy nóż. Obróciła się dwa razy wokół własnej osi i stanęła w miejscu. Cisza gwizdała jej w uszach.
Nagle ktoś przytknął do jej nosa i ust ścierkę nasiąkniętą jakąś nieznaną jej cieczą, która spowodowała, że od razu straciła przytomność i upadła na ziemię.
To nie był Luke, jej niedoszły mąż siedział teraz w więzieniu i tylko planował ucieczkę.
Trzech starszych panów i jeden młodziak zabrali Hope do jakiegoś większego vana, w którym reszta leżała równie nieprzytomna, co ona.
Obudziła się w jakimś podejrzanym miejscu.
Była sama w ciemnym pomieszczeniu. Wokół niej było wiele różnych rur, dostrzegła też jakiś otwarty dostęp wody.
Nie umiała nawet określić gdzie się znajduje, która jest godzina ani jaki był dzień.
Podniosła głowę i zobaczyła postać zmierzającą ku niej z pistoletem w rękach.
-Uspokój się, wstań powoli i chodź za mną-powiedziała podążająca w stronę Hope kobieta.
-Nie wiem czy siebie słyszysz, ale to ty trzymasz pistolet w moją stronę i mówisz mi, żebym się uspokoiła. Albo to nie ma sensu, albo jestem głupia.
-Nie gadaj tyle, tylko chodź za mną.
Knightsdale wstała powoli i ostrożnym krokiem powędrowała za blondi.
Dotarła z nią do jakiejś dużej sali, w której siedzieli jej współlokatorzy. W kącie zobaczyła obcego chłopaka opartego o ścianę. Podeszła do niego.
-Co jest grane? E, chłopczyku, umiesz mówić?
-No więc wiesz...Nie zawracaj mi głowy i siadaj obok tamtych ok?
-Przepraszam, nie będę zawracać twojej książęcej główki prostym pytaniem.-Odpowiedziała sarkastycznie, po czym usiadła obok Zayna.
-Malik, która godzina?
-12.58, co?
-Ile "spaliśmy"?
-Niecałe dwie godzinki, luzik.
-Huh dziena. Długo tu siedzicie?
W tym momencie wszedł do pokoju niski brunet pod czterdziestkę.
-Nie, może dziesięć minut dłużej od ciebie.
-Przepraszam, a my jesteśmy na ty?-Zareagowała natychmiast Hope.
-Wybuchowa, będzie się działo. Ale rzeczywiście, masz rację-stwierdził mężczyzna podchodząc do dziewczyny i wyciągając ku niej dłoń.-Nazywam się Richard Hammond i jestem porucznikiem policji. Razem z moimi dwoma kolegami po fachu oraz małą grupą specjalistów postanowiliśmy zaangażować was w pewien projekt.
Dziewczyna podała mu rękę patrząc na niego podejrzliwie.
-Acha, no wszystko fajnie, tylko czemu do cholery akurat nas?-wtrącił się Harry.
-Dobre pytanie-odpowiedział mu mężczyzna wchodzący do pomieszczenia.-Ale odpowiedzi na razie nie zdradzę. Musi zostać jakaś tajemnica, prawda?
-Nie?
-A zdradzicie chociaż, po co my wam jesteśmy tak w ogóle potrzebni?-Zapytała Natalie.
-To akurat nie jest tajemnica-odparł Richard.
-Jestem James i razem z Hammondem i nieobecnym na razie Clarksonem oraz tamtymi no, będziemy was przygotowywać do hmm..
-Czekaj, chyba już wiem-odezwał się Horan-chcecie się nami wyręczać, tak? Tylko do cholery nie wiem po co.
-Policja sobie nie radzi? Ojoj.-Wtrąciła Hope.
-Haha ale ta młodzież zabawna-odrzekł lekko nerwowo James.
-Próbuj dalej staruszku.
-Zamkniesz się?-spytał niesłyszany dotąd głos chłopaka z kąta.
-Synek tatusia?
-Myśleliśmy, ze będziecie zainteresowani. Wasze cechy charakteru na to wskazują.-powiedział Richard dziękując gestem chłopakowi spod ściany.
-Na razie nie wiemy czym mielibyśmy być zainteresowani-zauważył Tomlinson.
-Pozwól, że wyjaśnię. Nie od dziś wiadomo, że wschodnia część naszego miasta jest ostatnio dosyć niebezpieczna. Wiele młodych ludzi, takich jak wy, ubzdurało sobie, ze to oni są panami świata i mogą sobie rządzić na tych terenach.
-Waszym zadaniem-przerwał Hammondowi James-będzie zakończyć ich panowanie w tamtych dzielnicach. Zostaniecie anonimowi i od dziś będziecie mieszkać tutaj. Nie ukrywam, że zapewne kilka osób jeszcze do was dołączy.
-Tylko sobie nie myślcie,-powiedział mężczyzna, który nagle znikąd pojawił się z nimi w pomieszczeniu-że to są jakieś wakacje lub nagroda. To będzie wasz najcięższy obowiązek. Już ja o to zadbam, aby na waszych szkoleniach panował rygor i-wysoki "Pan Znikąd" nie mógł skończyć, ponieważ przerwał mu śmiech jego kolegów.
-Hahahahhaahahahha naprawdę? Ty i rygor? Hahahahhaha Od dziś będziesz Jeremy Suchar Clarkson-mówił przez śmiech Hammond.
-Możecie nie podważać mojego honoru co.
-Najpierw musiałbyś go mieć Clarkson!
-Ekhem-odkaszlnął specjalnie Liam.
-Ah tak-ocknął się Richard-w takim razie zostało nam powiedzieć wam, co i jak. Jutro budzicie się o 7. O 8 macie śniadanie w jadalni, która znajduje się za tymi drzwiami. Na drzwiach waszych pokoi jest wasze imię, więc na pewno traficie.
-Sorry, że przerwę, ale mam dwa pytania. Kim jest ta babka, która podeszła do mnie z pistoletem i kim jest ten knypek spod ściany.
-Ten "knypek spod ściany" jak to ujęłaś, to mój syn. Za to tamta dziewczyna jest jedną z osób, które będą was hm szkolić, tak to dobre słowo.
-Będziemy mogli stąd wychodzić, no nie?
-Jutro jeszcze tak, potem tylko w soboty. Robocze dni tygodnia i tak będziecie mieli zajęte.
-Jak długo tu zostaniemy?
-Termin jest jeszcze nieokreślony.
-A ile osób chcecie jeszcze dorzucić?
-Chyba ze 3, bo tyle zostało nam pokoi.
-A ten twój synek, to tu nie mieszka, no nie?
-Na twoje nieszczęście, mieszka. Godziny posiłków będą stałe. A i najważniejsze. Wszystkie wybryki będą surowo karane.
-Jak surowo?
-Przekonasz się jak zasłużysz moja droga.
-Ew, aha ok, możemy sobie iść?
-Do pokoi tak.
-Nie, ja chce stąd wyjść no nie? Bo chyba mamy jakiś wybór i możemy się nie zdecydować, tak?-spytała Hope podnosząc się z czerwonej kanapy.
-Tak właściwie to nie, nie macie wyboru-odpowiedział jej z uśmiechem na ustach Jeremy.
-Super, a mogę sobie tak w ogóle wyjść, czy też nie?
-Też nie. I tak, nie pozwalam ci, bo mam taki kaprys. Teraz siadaj.
-Oh no ekstra, już mi się podoba. Przepraszam, ale skąd mam wziąć swoje rzeczy?
-Huh nie pomyślałem o tym. Dobra, Dylan bierz ich i jedź z nimi po ich rzeczy niech się spakują. Tym razem wygrałaś młoda.
-Phi ja zawsze wygrywam.
-Nie zawsze-dodał Horan z cwaniackim uśmiechem.
-Ty to się znasz, pf.
-Dobra chodźcie, tylko się nie oddalajcie, bo się zgubicie haha.-Odezwał się Dylan.
Poszli z powrotem to vana, którym tam przyjechali.
Po 30 minutach wracali już do vana, przy którym stała Natalie z Dylanem. Rozmawiali. I chyba im się podobało, bo nawet nie zauważyli powrotu reszty.
-Halo, tutaj ci normalni. Mamy jechać czy mogę już zwiać?-powiedziała ironicznie Knighsdale machając im przed oczami dłonią.
-Ta, jedziemy już-odpowiedział jej wyraźnie niezadowolony Dylan.
Nagle zadzwonił telefon Hope.
Bez namysłu odebrała.
-Jesteś taka naiwna...
-Ta, Hemmo słuchaj jest sprawa. Bo ty masz tych swoich kolegów nie?
-No mam, a co..?
-Spytaj się ich, który chce zarobić. Są z Tobą?
-A wiesz, że tak? Czekaj zaraz spytam. Wiesz co, wezmę na głośno mówiący.
W tej chwili usłyszała głosy kolegów Luka.
-Chłopaki, który chce zarobić? Ja, ale zależy na czym. Ja też bym chętnie zarobił, oczywiście jeśli to będzie warte swojej płacy. Dobra, siostra to mam dwóch ochotników, ale zależy na co, tak więc, o co właściwie chodzi.
-Hm jakby to ująć. Założyłam się z kolegą i teraz aby wygrać przydałby mi się ktoś, kto będzie w stanie udawać mojego chłopaka.
-No to grubo! Michael, Calum co wy na to? Ja się wycofuje, myślałem, że to będzie coś łatwiejszego, no i Van by mnie zabiła za taką robotę haha. Ale ja chętnie spróbuje. Raz się żyje jak to mówią. Haha Czyli znalazłaś sobie chłopaka! Haha
-Mam tylko nadzieję, że twoja twarz nie wygląda jakby ktoś ją zjadł i następnie zwymiotował ją.
-Spokojnie, za taką buźką oszalejesz.
-Aha, mam tu już takiego, co mówi tak samo hm.
-Tyle, że ja nie kłamie haha.
-Dobre, hah to spotkamy się jutro koło może 15 w kafejce czy naleśnikarni?
-Naleśnikarni! To go wtedy przyprowadzę i posiedzę z wami.
-Huh no dobra Hemmo, to do jutra, a ty przygotuj się na nie lada wyzwanie.
-Do jutra!
Zakończyła rozmowę i wróciła do środka.
Spodziewała się tam chłopaków, Natalie, ale nikogo nigdzie nie było. Przeszła jeszcze kilka kroków wołając ich i rozglądając się za nimi, ale nigdzie nie mogła ich dostrzec.
Z jednej strony zdziwiona, a z drugiej przerażona nie wiedziała, co ma robić.
Nagle zadzwonił jej telefon. Nie patrząc na wyświetlacz odebrała go szybkim ruchem dłoni.
-Halo..-chciała spytać, kto dzwoni, ale głos po drugiej stronie jej przerwał.
-Cześć kochanie, pamiętasz mnie?
-Nie, nie, nie. Zostaw mnie, rozumiesz?!-krzyknęłam do telefonu po czym się rozłączyła.
Teraz serio się bała. Poszła szybko do kuchni i wyciągnęła z szafki największy możliwy nóż. Obróciła się dwa razy wokół własnej osi i stanęła w miejscu. Cisza gwizdała jej w uszach.
Nagle ktoś przytknął do jej nosa i ust ścierkę nasiąkniętą jakąś nieznaną jej cieczą, która spowodowała, że od razu straciła przytomność i upadła na ziemię.
To nie był Luke, jej niedoszły mąż siedział teraz w więzieniu i tylko planował ucieczkę.
Trzech starszych panów i jeden młodziak zabrali Hope do jakiegoś większego vana, w którym reszta leżała równie nieprzytomna, co ona.
Obudziła się w jakimś podejrzanym miejscu.
Była sama w ciemnym pomieszczeniu. Wokół niej było wiele różnych rur, dostrzegła też jakiś otwarty dostęp wody.
Nie umiała nawet określić gdzie się znajduje, która jest godzina ani jaki był dzień.
-Uspokój się, wstań powoli i chodź za mną-powiedziała podążająca w stronę Hope kobieta.
-Nie wiem czy siebie słyszysz, ale to ty trzymasz pistolet w moją stronę i mówisz mi, żebym się uspokoiła. Albo to nie ma sensu, albo jestem głupia.
-Nie gadaj tyle, tylko chodź za mną.
Knightsdale wstała powoli i ostrożnym krokiem powędrowała za blondi.
Dotarła z nią do jakiejś dużej sali, w której siedzieli jej współlokatorzy. W kącie zobaczyła obcego chłopaka opartego o ścianę. Podeszła do niego.
-Co jest grane? E, chłopczyku, umiesz mówić?
-No więc wiesz...Nie zawracaj mi głowy i siadaj obok tamtych ok?
-Przepraszam, nie będę zawracać twojej książęcej główki prostym pytaniem.-Odpowiedziała sarkastycznie, po czym usiadła obok Zayna.
-Malik, która godzina?
-12.58, co?
-Ile "spaliśmy"?
-Niecałe dwie godzinki, luzik.
-Huh dziena. Długo tu siedzicie?
W tym momencie wszedł do pokoju niski brunet pod czterdziestkę.
-Nie, może dziesięć minut dłużej od ciebie.
-Przepraszam, a my jesteśmy na ty?-Zareagowała natychmiast Hope.
-Wybuchowa, będzie się działo. Ale rzeczywiście, masz rację-stwierdził mężczyzna podchodząc do dziewczyny i wyciągając ku niej dłoń.-Nazywam się Richard Hammond i jestem porucznikiem policji. Razem z moimi dwoma kolegami po fachu oraz małą grupą specjalistów postanowiliśmy zaangażować was w pewien projekt.
Dziewczyna podała mu rękę patrząc na niego podejrzliwie.
-Acha, no wszystko fajnie, tylko czemu do cholery akurat nas?-wtrącił się Harry.
-Dobre pytanie-odpowiedział mu mężczyzna wchodzący do pomieszczenia.-Ale odpowiedzi na razie nie zdradzę. Musi zostać jakaś tajemnica, prawda?
-Nie?
-A zdradzicie chociaż, po co my wam jesteśmy tak w ogóle potrzebni?-Zapytała Natalie.
-To akurat nie jest tajemnica-odparł Richard.
-Jestem James i razem z Hammondem i nieobecnym na razie Clarksonem oraz tamtymi no, będziemy was przygotowywać do hmm..
-Czekaj, chyba już wiem-odezwał się Horan-chcecie się nami wyręczać, tak? Tylko do cholery nie wiem po co.
-Policja sobie nie radzi? Ojoj.-Wtrąciła Hope.
-Haha ale ta młodzież zabawna-odrzekł lekko nerwowo James.
-Próbuj dalej staruszku.
-Zamkniesz się?-spytał niesłyszany dotąd głos chłopaka z kąta.
-Synek tatusia?
-Myśleliśmy, ze będziecie zainteresowani. Wasze cechy charakteru na to wskazują.-powiedział Richard dziękując gestem chłopakowi spod ściany.
-Na razie nie wiemy czym mielibyśmy być zainteresowani-zauważył Tomlinson.
-Pozwól, że wyjaśnię. Nie od dziś wiadomo, że wschodnia część naszego miasta jest ostatnio dosyć niebezpieczna. Wiele młodych ludzi, takich jak wy, ubzdurało sobie, ze to oni są panami świata i mogą sobie rządzić na tych terenach.
-Waszym zadaniem-przerwał Hammondowi James-będzie zakończyć ich panowanie w tamtych dzielnicach. Zostaniecie anonimowi i od dziś będziecie mieszkać tutaj. Nie ukrywam, że zapewne kilka osób jeszcze do was dołączy.
-Tylko sobie nie myślcie,-powiedział mężczyzna, który nagle znikąd pojawił się z nimi w pomieszczeniu-że to są jakieś wakacje lub nagroda. To będzie wasz najcięższy obowiązek. Już ja o to zadbam, aby na waszych szkoleniach panował rygor i-wysoki "Pan Znikąd" nie mógł skończyć, ponieważ przerwał mu śmiech jego kolegów.
-Hahahahhaahahahha naprawdę? Ty i rygor? Hahahahhaha Od dziś będziesz Jeremy Suchar Clarkson-mówił przez śmiech Hammond.
-Możecie nie podważać mojego honoru co.
-Najpierw musiałbyś go mieć Clarkson!
-Ekhem-odkaszlnął specjalnie Liam.
-Ah tak-ocknął się Richard-w takim razie zostało nam powiedzieć wam, co i jak. Jutro budzicie się o 7. O 8 macie śniadanie w jadalni, która znajduje się za tymi drzwiami. Na drzwiach waszych pokoi jest wasze imię, więc na pewno traficie.
-Sorry, że przerwę, ale mam dwa pytania. Kim jest ta babka, która podeszła do mnie z pistoletem i kim jest ten knypek spod ściany.
-Ten "knypek spod ściany" jak to ujęłaś, to mój syn. Za to tamta dziewczyna jest jedną z osób, które będą was hm szkolić, tak to dobre słowo.
-Będziemy mogli stąd wychodzić, no nie?
-Jutro jeszcze tak, potem tylko w soboty. Robocze dni tygodnia i tak będziecie mieli zajęte.
-Jak długo tu zostaniemy?
-Termin jest jeszcze nieokreślony.
-A ile osób chcecie jeszcze dorzucić?
-Chyba ze 3, bo tyle zostało nam pokoi.
-A ten twój synek, to tu nie mieszka, no nie?
-Na twoje nieszczęście, mieszka. Godziny posiłków będą stałe. A i najważniejsze. Wszystkie wybryki będą surowo karane.
-Jak surowo?
-Przekonasz się jak zasłużysz moja droga.
-Ew, aha ok, możemy sobie iść?
-Do pokoi tak.
-Nie, ja chce stąd wyjść no nie? Bo chyba mamy jakiś wybór i możemy się nie zdecydować, tak?-spytała Hope podnosząc się z czerwonej kanapy.
-Tak właściwie to nie, nie macie wyboru-odpowiedział jej z uśmiechem na ustach Jeremy.
-Super, a mogę sobie tak w ogóle wyjść, czy też nie?
-Też nie. I tak, nie pozwalam ci, bo mam taki kaprys. Teraz siadaj.
-Oh no ekstra, już mi się podoba. Przepraszam, ale skąd mam wziąć swoje rzeczy?
-Huh nie pomyślałem o tym. Dobra, Dylan bierz ich i jedź z nimi po ich rzeczy niech się spakują. Tym razem wygrałaś młoda.
-Phi ja zawsze wygrywam.
-Nie zawsze-dodał Horan z cwaniackim uśmiechem.
-Ty to się znasz, pf.
-Dobra chodźcie, tylko się nie oddalajcie, bo się zgubicie haha.-Odezwał się Dylan.
Poszli z powrotem to vana, którym tam przyjechali.
Po 30 minutach wracali już do vana, przy którym stała Natalie z Dylanem. Rozmawiali. I chyba im się podobało, bo nawet nie zauważyli powrotu reszty.
-Halo, tutaj ci normalni. Mamy jechać czy mogę już zwiać?-powiedziała ironicznie Knighsdale machając im przed oczami dłonią.
-Ta, jedziemy już-odpowiedział jej wyraźnie niezadowolony Dylan.
Nagle zadzwonił telefon Hope.
Bez namysłu odebrała.
-Jesteś taka naiwna...





wspaniałe
OdpowiedzUsuńpo prostu jkcwnouwvnoxnwoievbwvour
czekam na więcej
pozdrawiam
Cudowny czekam na więcej pisz pisz..... :)
OdpowiedzUsuńPisz i to już szyyyyybko następny rozdział będzie cuuuuuuuuuuuuuuuuuudowny :D
OdpowiedzUsuńChcęęęę kolejny rozdział będzie się działo będzie zabawa :)
OdpowiedzUsuńKolejny rozdział będzie awesome ja to czuje ;)
OdpowiedzUsuń