piątek, 13 czerwca 2014

7.

Około 1.30 w nocy usłyszała kroki po schodach, więc szybkim ruchem wszystko schowała, położyła się i udawała, że śpi.
Po chwili do pokoju wszedł Calum.
Ziewnął głęboko i rozejrzał się po pokoju.
Zdjął z siebie zbędne ciuchy i ruszył do łazienki.
Po wieczornej toalecie dołączył do Hope.
Spojrzał na nią w świetle księżyca i uśmiechnął się.
-Jaka urocza.-Wyszeptał po czym zaśmiał sie delikatnie.

***tydzień później***

Na treningu w pewnym momencie Jack zabrał Hope na chwilę do pomieszczenia obok.
Usłyszeliśmy lekko stłumiony krzyk i uderzenie o ścianę.
Spojrzeliśmy w stronę pomieszczenia, gdzie byli, lecz szybko wróciliśmy do ćwiczeń z przetrwania.
Po dłuższej chwili wyszedł stamtąd tylko Jack, bez Hope.
Wskazał na mnie palcem.
-Ty, pójdziesz z nią do domu- w tej chwili zza drzwi wyłoniła się Hope -bo koleżanka źle się chyba dzisiaj czuje.
Spojrzałem na nią.
Jej twarz nie wyrażała żadnych emocji.
Zabrałem ją do domu. Od razu poszła na górę.
Wiedziałem, że potrzebuje pobyć sama, więc nie szedłem do niej.
Po dwóch godzinach zeszła.
-Spałaś?-spytałem.
-Noo-odpowiedziała ziewając-Niall mamy coś w lodówce?
-Skąd mam wiedzieć? To ty stoisz obok lodówki!
-Oj jakiż drażliwy ugh.
Otworzyła lodówkę i schyliła się szukając czegoś sensownego. Postanowiłem dalej jej podokuczać.
-Powiem ci, że coraz lepiej udajecie, ale nadal za mało przekonująco.
-Skończ te popisy Horan! Ja rozumiem, że musisz się w jakiś sposób dowartościować, ale wymyślanie bajek nie jest twoją dobrą stroną!
-Gdybyście udawali swój związek tak, jak ty teraz kłamiesz, to może bym w niego uwierzył!
Ja stałem tuż za nią opierając swoje dłonie o brzegi lodówki. Ona w tym czasie zamknęła jej drzwi i odwróciła się.
Dzieliło nas z 15 centymetrów.
-Skoro nie udajecie, to pewnie możesz powiedzieć, ze go kochasz, czy jak tam to nazywają na planecie, z której pochodzisz. I żeby nie było, masz mi to powiedzieć patrząc mi w oczy kłamczucho.
Patrzyła na mnie wzrokiem, w którym tonąłem, w którym widziałem ostatnią nadzieję, ostatni sens. Jej oczy też czegoś szukały, dopatrywały się prawdy, żądały wyjaśnień. Jeszcze nie wiedziały jak bardzo je kocham. Jeszcze nic nie wiedziały. Nie wiedziały ile razy straciłem rozum szukając dna w błękicie oceanu ich tęczówek. Nie wiedziały ile razy czytałem z nich najpiękniejsze słowa, których nigdy nie wypowiedziały nieśmiałe usta. Nie wiedziały ile razy pomagały mi zrozumieć.
-Myślisz, że co-zaczęła nieśmiałym, przerywanym pół-szeptem-że możesz sobie od tak zamknąć mnie w tych swoich wytatuowanych, umięśnionych ramionach, spojrzeć na mnie swoimi hipnotyzującymi oczami i uśmiechnąć się zadziornie i już odlecę? I już się poddam? Między mną i Calumem...-tu zrobiła krotką ciszę, po czym mówiła dziwnie pewna swoich słów i patrzyła w moje oczy tak, jakby czytała z nich to, co mówiła-jest coś więcej niż przyjaźń, nie umiem tego nazwać, ale to nie jest już przyjaźń. Nie wiem czy tu już miłość, ale to coś niesamowitego. Te uczucie sprawia, ze za każdym razem gdy przy nim stoję moje plecy obiega ciepły dreszcz, a pod żebrali czuję dziwne łaskotanie. On sprawia, że znika cały świat-wtedy zrozumiałem pewność jej głosu-czuję się przy nim bezpieczna, on sprawia, że czas się zatrzymuje i wszystko inne traci sens. Tak więc odczep się już ode mnie i... Caluma.
Uśmiechnąłem się i pokiwałem przecząco głową, następnie składając lekki pocałunek na jej zarumienionym policzku.
-Bardzo ładnie o nas mówiłaś, czy mam ci już mówić skarbie?
Chciała mi dać w twarz, ale w porę złapałem jej nadgarstek. Drugą dłoń powoli położyłem na jej biodrze wsuwając ją pod jej koszulkę.
-Spokojnie, prze...-nie mogłem dokończyć słowa.
Spojrzałem jej w oczy były otępiałe. Patrzyła gdzieś w pustą przestrzeń.
Jeszcze raz przejechałem palcami po niepokojącym miejscu na jej brzuchu.
Przesunąłem dłoń minimalnie w górę-dalej to czułem-i dalej-wciąż wyczuwałem to pod opuszkami palców.
Jeszcze raz spojrzałem jej w oczy mając nadzieję na chociaż kontakt wzrokowy, jednak to były głupie nadzieje. Puściłem jej nadgarstek i złapałem w dłoń jej szczękę zwracając jej twarz ku mojej.
Szukałem w jej równie pięknych, lecz smutnych oczach odpowiedzi na jedno z miliona pytań, które pojawiły mi się w głowie.
Bez odpowiedzi chwyciłem jej ramie i spojrzałem na miejsce, w którym trzymałem wciąż swą dłoń. zabrałem dłoń z jej brzucha i powoli, jakbym się bał tego, co zobaczę, uniosłem kawałek jej koszulki. Moje oczy były zamknięte. Tak. Bałem się tego, co miałem właśnie zobaczyć. Ostrożnie otworzyłem oczy. Wiedziałem, że to waśnie ujrzę, a jednak nie chciałem wierzyć. I się ziściło. Na jej brzuchu zobaczyłem masę czerwonych kresek. Podniosłem drugi koniec jej koszulki. To się ciągnęło przez cały jej brzuch. Opuściłem delikatnie boki jej spodni. Na biodrach to samo. Nerwowo upadłem na kolana dotykając jej ud z nadzieją, że chociaż tam nie wyczuję licznych wypukleń, ale one tam były. Były wszędzie. Jeszcze raz przejechałem palcem po jej brzuchu i biodrach.
Cały mój sens, nadzieja, świat stanął w płomieniach, a ja nie mogłem tego zatrzymać. Wstałem na równe nogi i spojrzałem jej w oczy. Były przepełnione łzami. Wtedy dopiero zauważyłem, że ich blask już dawno wygasł. Wtedy dopiero zauważyłem, że ich radość już dawno wygasła.
Wtedy zrozumiałem, że ją tracę.
Zauważyłem, że schudła.
Było jej coraz mniej, a to, co z niej pozostało ona sama zabijała.
Najgorsze było to, że już nic nie mogę z tym zrobić.
Świadomość, że wszystko, co przynosiło ci uśmiech umiera, zabija i ciebie. Tyle, że świadomość zabija mocniej. Działa gorzej niż niejedna trucizna. Wypala ci wszystko, co masz w środku, aż zostajesz pusty. Tak pusty, że nawet nie widzisz tego jak marniejesz, mimo że wciąż wyglądasz tak samo. Świadomość, że twój świat obumiera jest tym, co ci odbiera sen i mowę. A ty i tak musisz funkcjonować normalnie. Bo to tylko twój świat. Bo tylko twój świat umiera.
Nie mogłem wytrzymać i musiałem wypowiedzieć najgłośniejsze teraz we mnie pytanie.
-Dlaczego-wyszeptałem.
W końcu spojrzała mi wprost w oczy, ale nie trwało to długo, bo zalała się łzami.
Usiadłem pod lodówką opierając się plecami o jej drzwi. Ją miałem między nogami.
Obejmowałem ja tak mocno, jak tylko sobie na to pozwoliłem.
Łkała cicho w moją koszulkę.
Głaskałem delikatnie jej głowę, żeby się uspokoiła.
Po kilkunastu minutach przestała płakać. Usnęła.
Wziąłem ją-lekką i delikatną-na ręce i zaniosłem do mnie do pokoju. Wiedziałem, ze Calum może przyjść w każdej chwili, a nie chciałem, żeby zobaczył ją w takim stanie.
Szczerze to mu zazdrościłem.
Bo nawet jeśli wtedy mówiła o nas to jednak... między nimi jest coś magicznego.
I nie umiem temu zaradzić.
Gdyby całkowicie nic między nimi nie było, ich "związek" byłby bardziej..oschły?
A jest wręcz idealny.
Strasznie zazdrościłem Hoodowi tego, że on na co dzień ją przytulał, całował, chronił.
A ja tylko od święta.
Boję się, że to co ona czuje do Caluma zaczyna przerastać to, co wyznała, że czuje do mnie.
A jeśli Calum wie o jej samo okaleczeniach? Jeśli to dzięki niemu ona jeszcze żyje.
Co jeśli mój świat ma już swoje słońce?
Co jeśli... oni już nie udają.
Jeśli moje obawy są prawdę, to będę musiał przekazać mu tylko jedno.
Żeby mocno trzymał jej dłoń, bo będzie trzymał cały mój świat, każdy mój uśmiech.
Każde wspomnienie.

______________________________________________

No to mamy rozdział z perspektywy Niall'a.

piątek, 23 maja 2014

6.

Po tych słowach Richard wyszedł z pomieszczenia.
-To kto do nas jeszcze dołączy?-spytał widocznie zadowolony z przebiegu zdarzeń Niall.
-Mikey i Ash?-zapytał Luke w kierunku Caluma.
-Ta, może chodźmy po nich, żeby ich uprzedzić.
Luke skinął głową i wstał z kanapy kierując się do drzwi.
-Hope, to my lecimy-rzekł ciemnowłosy cmokając swoją "kierowniczkę" w policzek. Hope odprowadziła go i dyskretnie podała mu "dniówkę".
Kilka chwil po tym jak Hemmings i Hood wyszli, reszta tez się gdzieś rozeszła.
Hope właśnie szła na górę, gdy nagle znikąd usłyszała rozbawiony głos Horana.
-Powiem Ci, że całkiem nieźle się staracie, ale to udawanie to wam chyba nie idzie.
-Co?!-zapytała odwracając się na pięcie na jednym ze schodów.
-To, co słyszałaś. Musicie jeszcze trochę poćwiczyć żebym uwierzył.
-My nie udajemy Horan! Rozumiem, że byś chciał, bo tak by Ci było łatwiej, ale no niestety.
-Błagam, widziałem jak mu płaciłaś! To ile sobie zażyczył za udawanie chłopaka takiej paskudy?
-Jesteś żałosny z tej swojej zazdrości Horan, dałam mu pieniądze na taksówkę!
Niall zaczął iść za nią po schodach.
-Nie wydaje mi się, żeby potrzebne mu były pieniądze na taksówkę, a z resztą kto by chciał spotykać się z tobą za darmo!
-Niech zgadnę ty?-byli już u szczytu schodów-Jesteś tak zazdrosny o Caluma, ze wymyślasz najdziwniejsze historie, aby tylko zyskać jakąkolwiek nadzieję? Ojejku, zaraz zwymiotuję.
-Hahaha wiesz co? Śmieszy mnie to jak bardzo chcesz wzbudzić moją zazdrość, a jeszcze bardziej śmieszy mnie to jak bardzo Ci to nie wychodzi!
-Tobie naprawdę na mnie zależy! I to tak bardzo, ze odbiera Ci to umiejętność dobrego zmyślania! 
Stali już przed drzwiami jej pokoju.
-Mi odebrało umiejętność dobrego zmyślania? To twoje usta ciągną do moich tak bardzo, ze nie są wstanie powiedzieć nic innego jak kilku nieistotnych bredni!
-Hahahaha długo wymyślałeś ten tekst? Z resztą wolałabym pocałować mokrego psa niż Ciebie. Za to ty widocznie dałbyś wszystko, żeby tylko mnie pocałować. Inaczej nie ciągnął byś się aż tutaj za mną.
-Wolałbym pocałować wypchanego jelenia niż Ciebie! Z resztą, to chyba nie byłoby dużej różnicy.
-Całowanie Ciebie byłoby jak jedzenie dwutygodniowej kanapki!
-Nieźle zaczynasz kłamać! Musiałaś długo ćwiczyć, bo za bardzo Ci na mnie zależy żebyś mogła to powiedzieć od tak!
-Nie zależy mi na tobie! Zrozum to! Jesteś większym narcyzem, niż myślałam! Tak bardzo ci na mnie zależy, że nie możesz znieść myśli, że nie jesteśmy razem, więc wmawiasz mi, że mi na Tobie zależy! Hahahahha.
-Mi na tobie zależy? Hahahahaha dawno tak dobrego żartu nie słyszałem!
-Hahhahaha ta? To udowodnij!
-Proszę bardzo!
Nagle Hope usłyszała refren piosenki Sheeran'a i już chciała odebrać telefon, gdy Niall złapał jej twarz w swoje dłonie i stanowczo ją pocałował.
Gdy po dłuższej chwili chciała się od niego oderwać i odebrać telefon, on tylko złapał szybki oddech i znowu ją pocałował.
Na chwilę stracili pojęcie o tym co się dzieje.
Jednak w niej znów wezbrała się pewnego rodzaju rywalizacyjna złość i skończyła ten pocałunek.
-Widzisz, jak pocałowanie żaby-powiedziała chowając się za drzwiami swojego pokoju.
Niall jakby jeszcze nie zorientował się, co się skończyło. Był zdecydowanie zadowolony.
-Czy jestem już księciem?-spytał szeptem, po czym odszedł gwiżdżąc.
Ona oparła się o drzwi i sprawdziła, kto do niej dzwonił.
Nieznany numer.
Postanowiła nie odbierać, jednak po chwili zadzwonił ponownie.
-Halo?
-Wyjrzyj przez okno kochanie.
-Co?-usłyszała dźwięk zakończenia połączenia.-Halo?
Lekko wystraszona podeszła do okna, ale nikogo przez nie nie zobaczyła.
Nagle usłyszała pukanie do drzwi.
Odwróciła się w ich stronę, ale nie podeszła do nich.
One się otworzyły, a w progu stał Dylan. Odetchnęła z ulgą.
-Czego?-zapytała już spokojna.
-Chodź, masz do poznania kilka osób, które was wytresują niczym małe pieski.
-Najpierw poczytaj słownik albo inne książki, a potem próbuj błyskotliwie porównywać.
Razem z brunetem zeszła po schodach na dół, gdzie czekało na nią kilka obcych osób, jej współlokatorzy i trójka policjantów.
-Oh Hope na reszcie jesteś.-odezwał sie Jeremy-poznaj proszę Alice od sprawności, Keith od sprytu, Nicka od wytrwałości i Jacka od przetrwania.
Wzrok Hope zatrzymał się na Jacku. I wtedy stanęła jak wryta.
-Przecież to nie jest żaden Jack...
-Jak nie Jack? Hope o czym ty mówisz?
-Przecież to Luke!
-Hope uspokój się, Luke jest w więzieniu, sprawdziliśmy Jacka i jest czysty, choć nawet całkiem podobny do tego twojego Luka.
-Jesteście ślepi, czy głupi?
-Ej-odezwał się Jack-spokojnie maleńka.
-Nie mów tak do mnie i wracaj do pudła! Jak się stamtąd wydostałeś i po cholerę do mnie dzwonisz?!
-Ej spokojnie, nie wiem o czym mówisz maleńka.
-Kazałam Ci tak do mnie nie mówić! Teraz będziesz się na mnie wyżywać na tych niby nie wiadomo co!?
-Hope uspokój się.-zareagował James.-Dziewczyny, chłopaki zobaczymy się jutro na treningach.
-Nigdzie nie przyjdę!-krzyknęła po czym wybiegła zabierając tylko kurtkę.
Rozejrzała się po okolicy i szybko zdecydowała gdzie iść. Ruszyła w stronę domu jej przyrodniego brata. Do jego domu, który wynajmował razem z kolegami miała jakieś 2 kilometry.
Po 115 minutach była na miejscu.
Zapukała nerwowo i od razu weszła do środka.
-Hej młody-powiedziała na widok zdziwionego brata-jak tam wam idzie pakowanie.
-Jeszcze im nie powiedzieliśmy.
-Aha to luzik.
-Myślałem, ze będziesz mnie pouczać i tak dalej, a tu proszę.
-Niespodzianka?
-Haha rozgość się. Chłopaki siedzą w salonie, tuż obok kuchni.
-Ok, ogarnę sobie coś do picia.\
-Czuj się jak u siebie. 
-Wiem wiem.
Hope pomieszkała u niego tydzień.
W tym czasie nosiła ich rzeczy, czuła się jak kiedyś. Swobodnie, pewnie, dobrze.
Po 7 dniach do ich domu wtargnął Richard z Dylanem i Jackiem.
-Mieliście tydzień, teraz to my wam pomożemy się wyprowadzić. A ty, co-Richard zwrócił się do Hope-myślałaś, ze tak po prostu sobie pójdziesz? Dobre żarty! Dylan, Jack zabierzcie ich.
Dylan pogonił razem z Richardem chłopaków, a Jack zajął się Hope. Na początku grzecznie, co znaczy w ten sposób, co Dylan obnosił się z chłopakami, ale gdy już wyszli, to zaciągnął ją za włosy za jakiś duży kontener.
-Myślisz sobie, ze co? Tak po prostu mnie wydasz? Po moim trupie wrócę do paki!-mówił ciągle ciągnąc jej włosy.W pewnym momencie uderzył jej głową o kontener-Masz siedzieć cicho, jasne? I tak dostaniesz wycisk przy najmniejszej okazji. Policji ci się zachciało wzywać, haha widzisz, gdyby nie to, to dziś żylibyśmy sobie szczęśliwi i po ślubie.
-Może tylko ty byłbyś szczęśliwy-powiedziała po czym splunęła mu w twarz.
-O ty szmato-odpowiedział szarpiąc jej włosami i uderzając jej głową o kontener.-Zdobyłaś się na takie coś? To dopilnuję, żebyś bała się nawet ze mną przywitać. To się więcej nie powtórzy, prawda skarbie?
-Nienawidzę cie, możemy wracać czy mam zacząć krzyczeć.
-Oj kotku, czy to jest szantaż? Nie masz prawa mnie szantażować suko, będziesz robić to, co ja zechcę, a teraz się zamknij, bo wracamy do domciu kochanie.
Do końca podróży nie odezwała się ani jednym słowem.
-Przywieźliśmy ich.-ogłosił Dylan.
-Gdzie byłaś?-spytała z zaciekawieniem Natalie.
-U chłopaków-odpowiedziała oschło.
-Wasze pokoje są już przydzielone i podpisane. Calum, skoro spotykasz się z Hope, to możesz mieszkać razem z nią. Ona Ci pokaże, który to pokój.-oznajmił James.
-Jasne.
Przywiezieni rozeszli się do pokoi.
-Chcesz spać na podłodze czy gdzie?-zapytała lekko sarkastycznie Hope u niej w pokoju.
-Myślałem raczej o łóżku. Z tego, co widzę to jest ono duże, więc zmieścimy się oboje.
-Chyba śnisz!
-Na tym łóżku? Zawsze-powiedział rzucając się na pościel.
-Ugh, widzę, ze nic nie poradzę, więc ok. Tylko jak dotkniesz się do mnie choćby palcem u nogi, to zaczniesz spać na podłodze.
-Oczywiście pani kierowniczko.
-Przestań z tym przezwiskiem!
-Ale ono do Ciebie pasuje!
-Czemu niby?
-Po prostu pasuje.
-Świetny argument.
***
Do 1 w nocy chłopaki oglądali film na dole, a Natalie oglądała coś z Dylanem u niego, za to Hope siedziała sama u siebie.
Dokonywała swojego sekretu.
______________________________________________________________
Szczerze to mogło być gorzej haha
A może nie?
Jak wrażenia? Hahaha shippujemy Nope? 
6.=6 kom.
ily x

poniedziałek, 19 maja 2014

5.

O 14:30 wyszła na spotkanie z je bratem i "przyszłym chłopakiem".
Usiadła przy stoliku w umówionym miejscu i spokojnie czekała. Rozglądała się na boki i sprawdzała co chwilę godzinę na telefonie.
Nagle niepostrzeżenie wyrósł przed nią wysoki przystojny chłopak, o czarnych włosach i ciemnej karnacji.
-Hej, Hope?
-Mhm, a ty jesteś..?
-Calum, Luke musiał coś załatwić, ale za jakieś 20 minut do nas dołączy.
-Ok, siadaj. Zamawiamy, czy tak na sucho?
-To ja zawołam kelnera-powiedział uśmiechając się serdecznie.
Ona mu się w tym czasie uważnie przyjrzała i zdecydowała, co zamówi.
Wkrótce przyszedł do nich kelner i przyjął podobne do siebie zamówienia.
-Ile ty masz właściwie lat? Wyglądasz na 93 rocznik.
-Oj, nie trafiłaś. Jestem z 96, 18 w styczniu stuknęła.
-Młodziak, a takiej pracy się podejmuje? Haha desperat?
-Nazwałbym się raczej poszukiwaczem zysków, łatwych zysków.
-Trzeba było burdel otworzyć, bo ze mną nie będzie tak łatwo jak ci się wydaje.
-Nie wierzę, że udawanie twojego chłopaka będzie aż tak trudne, jesteś zołzą czy co?
-Ha ha, nie, znaczy nie wiem, ale w każdym razie ja stawiam wyraźne wymagania.
-A dokładniej? O są nasze naleśniki!
-A dokładniej, to po pierwsze - udajemy tylko przed moimi znajomymi, których myślę, że jeszcze dziś poznasz. Po drugie - dokładnie zapamiętujesz to, ze to tylko praca.
-Boję się, ze to ty o tym zapomnisz, choć chyba bym nie narzekał-wtrącił brunet oblizując wargi ze swoim cwaniackim wzrokiem.
-Po trzecie-wydało się, że wcale nie zauważyła tego, co przed chwilą zrobił jej przyszły udawany chłopak-nie życzę sobie takich tekstów jaki przed sekunda wtrąciłeś. Po czwarte - masz udawać najlepiej jak potrafisz, nie na odpierdol się. Reszta punktów wyjdzie w praniu. Ogarniasz, czy powtórzyć jeszcze raz?
-Dotarło kierowniczko, dotarło. Czy mi się wydaje czy twój braciszek tu idzie?
-Jestem! Zamówiliście dla mnie naleśniki?-spytał ochoczo blondyn z przekłutą wargą.
-Emm jasne! Niestety Calum je zjadł, bo myślał, że nie przyjdziesz!
-Nie zamówiliście ich, co nie?
-Siadaj i nie marudź. Możesz zjeść Caluma ja chcesz.
-Czy ja tu mam coś do gadania?-odezwał się nagle szatyn.
-Nie wydaje mi się-odpowiedziała Hope z Lukiem jednocześnie.
Po tym jak to jednak Hope podzieliła się z bratem swoimi naleśnikami, postanowiła zaprowadzić ich do miejsca, w które ją, po nie kąt, uprowadzono.
-Więc mówisz, że tak nagle, po prostu obudziłaś się w tamtym dziwnym miejscu?-nie dowierzał blondyn.
-No tak, powtarzam przecież już trzeci raz. No i, co prawda kazali nam nikomu nic nie mówić, ale biorąc pod uwagę to, że ty jesteś moim bratem, a ty udawanym chłopakiem, to chyba mogę wam powiedzieć. A jak nie, to w sumie yolo haha.
-Ale z ciebie ryzykantka haha adrenalina ci podskoczyła?-dodał ciemnowłosy.
-Tak tak oczywiście hah.
-Ej jak mam do ciebie mówić?
-Na początek po imieniu no nie, potem sam coś wymyślisz.
-Jak bardzo zakochanego mam udawać?
-W miarę bardzo, ale nie psychopatycznie.
-Nie mniej, nie więcej, tylko dokładnie tyle?
-Mhm mhm. Jesteśmy na miejscu.
-Wiesz co, ja ci powiem, ze ty tak narzekasz, a to całkiem niezła chata.
-Ta, niestety załoga niszczy cały urok.
Hope, Calum i Luke weszli do środka trzaskając niechcący za sobą drzwiami.
-Ups przeciąg-powiedział Luke, który wszedł ostatni i doprowadził do trzaśnięcia drzwi.
-Nie przejmuj się. A ty zacznij być moim chłopakiem, jasne?
-Ma się rozumieć pani kierowniczko.-odpowiedział jej rozbawiony Calum.
-I skończ z tą panią kierowniczką.
-Psujesz mi całą zabawę, wiesz?
-Wiem haha.
Poszli do głównej sali, w której siedział Dylan i Natalie, którzy rozmawiali oraz Louis, Zayn i Niall, którzy zajęci byli telewizją. Liam krzątał się po kuchni przeszukując szafki i lodówkę.
-Hej, poznajcie chłopaków. Ten blondyn to Luke, mój brat, a ten obok niego to
-Jestem Calum-przywitał się przerywając jej brunet.
-Po cholerę ich przyprowadziłaś, wiesz jakie problemy na siebie i ich sprowadzisz?-odezwał się Dylan.
-Kim jest w ogóle Calum?
-Ja i Hope-odezwał się znowu Hood-spotykamy się od jakiegoś tygodnia.
Horan parskną śmiechem, a Hope skierowała na niego swój zabójczy, lekko przymróżony wzrok. Jednak nawet on nie pomógł, gdyż Horan nadal się śmiał.
-Co cię tak śmieszy Niall?-zapytała ze złością w głosie Knightsdale łapiąc jednocześnie dłoń bruneta po jej prawej.
-Czemu przedstawiasz nam swojego szanownego chłopaka dopiero teraz? Akurat kilka dni po naszym zakładzie?-zapytał się blondyn o mało co nie wybuchając śmiechem ponownie.
-Pomyślałam po prostu-i w tym ułamku sekundy w jej głowie pojawiła się idealna wymówka-że w ten sposób udowodnię ci moją wygraną z góry.
Blondyn już nie wytrzymał i zaczął się śmiać na nowo.
-O co chodzi, bo ja nie w temacie-odezwała się Natalie.
-Ugh nieważne. Luke siadaj tam z chłopakami zapoznajcie się, tylko uważaj żeby ta nieopanowana małpa, która uciekła z pobliskiego zoo cie nie opluła.-następnie odwróciła twarz ku Calumowi-skarbie chodź do kuchni.
-SKARBIE HAHAHAHAHAHAAHHAHAHAHAHAHHA-wykrzyknął Horan doprowadzając Hope do szczytów wściekłości.
-Urwę mu głowę jak mnie nie przytrzymasz-szepnęła do swojego "skarba".
 Poszli do Liama, do kuchni i usiedli na barowych krzesełkach stojących przy blacie, który oddzielał kuchnię od głównego pokoju.
-Spokojnie, z czasem się przekona-odezwał się szeptem Calum.
-Już ja o to zadbam.
-Woo!
-Oh zamknij się-powiedziała zła Hope, po czym zorientowała sie, ze musi udawać i dodała milutkie-hahha.
-O czym tak szepczecie?-zainteresował sie Liam.
-O niczym ważnym. Tak w ogóle to Calum jestem-odparł serdecznie podając Wysokiemu chłopakowi dłoń.
-Liam, miło mi.-Odrzekł podając mu dłoń.-Spotykasz się z Hope?
-Tak hah.
-To powodzenia, bo ona bywa nieznośna.
-Dzięki za radę, ale już to wiem.-odpowiedział Calum, a następnie zaśmiał się tak, jak to śmieją sie zakochani z siebie nawzajem.
Hope go trochę przedrzeźniała. Calum  kątem oka zauważył przyglądającego im się Niala, więc spontanicznie ją pocałował. Na początku była zdziwiona, ale szybko zorientowała się, czym ten pocałunek był spowodowany, więc go odwzajemniła.
Horan natychmiastowo odwrócił głowę w stronę tv.
Gdy w końcu oderwała się od chłopaka pokiwała mu tylko palcem przed nosem, a ten się zaśmiał.
Nagle usłyszała znajomy jej głos.
-CO MAJĄ DO JASNEJ CHOLERY ZNACZYĆ TE DWA MAŁOLATY TUTAJ!-Tak, to był Richard.-PRZECIEŻ MÓWIŁEM WAM , ZE NIKOGO MACIE SOBIE TU NIE SPROWADZAĆ! CZYI TO ZNAJOMI?
-Moi-odezwała się z uśmiechem Hope, o dziwo bardzo spokojna.-Ten blondyn to mój brat, a ten tu o, to mój chłopak. Problem?
Richard wyglądał jakby głowa miała mu wybuchnąć i odlecieć niczym pęknięty balon. Tak, był bardzo zły.
-Niee-sarkastycznie miły głos Richarda można było wyczuć na kilometr-ależ skąd, może chcą zostać na noc? Choć wiesz co, mam lepszy pomysł. Skoro już zapewne wszystko wiedza, bo im powiedziałaś, to mam propozycję nie do odrzucenia. Mamy w tym domu wolne trzy miejsca, niech ogarną sobie jeszcze jednego kolegę i dołączymy ich do was. Mogą być nawet dwoje, bo skoro ty z tym Azjatą chodzisz, to starczy wam jedna sypialnia.
Niall znowu parsknął śmiechem, Hope się zmieszała, a Calu zdenerwował.
-Nie. Jestem. Azjatą. Jasne?!
-Nie ważne, czymkolwiek jesteś razem z tym jasnym orangutanem, znanym jako brat twojej dziewczyny, macie ogarnąć jeszcze dwóch kolesi, albo kogokolwiek i w ciągu tygodnia sprowadzić się tutaj, albo my użyjemy siły. Jasne?
-Ostrzegałem-odezwał się potulnie Dylan uśmiechając się szeroko.

___________________________________________________________________

Tak wiem, ze krótki
TAK NATALIA WIEM, ZE POMINĘŁAM TEN OBIECANY MOMENCIK, ALE POCZEKASZ SOBIE :*************************** (sarkasrtyczne pocałunki ♥)
Tak wiem, że o niczym haha
Tak wiem, że nie najlepszy
Ale jak to mówią
Prawdziwe dobro przychodzi dużymi krokami i bardzo powoli hehe
A tak serio to chciałam po prostu dodać rozdział dla Was już dziś i się nie wyrobiłam czasowo
5.=5 kom.
Ily x

piątek, 16 maja 2014

READ IT

Mhm rozdział 5 się tworzy, ale chyba nie ma dla kogo.
Hm nie ma sensu pisać rozdziału po to, by był sobie gdzieś tram samotny w internecie cnie?
Tak więc postanowiłam, że nowy rozdział będę dodawać tylko wtedy jeśli ilość komentarzy będzie równa numerowi rozdziału.
Tak więc pod ostatnio dodanym rozdziałem powinno być komentarzy 4, a nie 1 :)
Wiem, że tu jesteście.
Ale skoro was to nic nie obchodzi to yolo
Mogę nie dodawać.

Pozdrówki
xx

czwartek, 8 maja 2014

4.

-Hope?-Odezwał się głos w słuchawce.
-Ta, Hemmo słuchaj jest sprawa. Bo ty masz tych swoich kolegów nie?
-No mam, a co..?
-Spytaj się ich, który chce zarobić. Są z Tobą?
-A wiesz, że tak? Czekaj zaraz spytam. Wiesz co, wezmę na głośno mówiący.
W tej chwili usłyszała głosy kolegów Luka.
-Chłopaki, który chce zarobić? Ja, ale zależy na czym. Ja też bym chętnie zarobił, oczywiście jeśli to będzie warte swojej płacy. Dobra, siostra to mam dwóch ochotników, ale zależy na co, tak więc, o co właściwie chodzi.
-Hm jakby to ująć. Założyłam się z kolegą i teraz aby wygrać przydałby mi się ktoś, kto będzie w stanie udawać mojego chłopaka.
-No to grubo! Michael, Calum co wy na to? Ja się wycofuje, myślałem, że to będzie coś łatwiejszego, no i Van by mnie zabiła za taką robotę haha. Ale ja chętnie spróbuje. Raz się żyje jak to mówią. Haha Czyli znalazłaś sobie chłopaka! Haha
-Mam tylko nadzieję, że twoja twarz nie wygląda jakby ktoś ją zjadł i następnie zwymiotował ją.
-Spokojnie, za taką buźką oszalejesz.
-Aha, mam tu już takiego, co mówi tak samo hm.
-Tyle, że ja nie kłamie haha.
-Dobre, hah to spotkamy się jutro koło może 15 w kafejce czy naleśnikarni?
-Naleśnikarni! To go wtedy przyprowadzę i posiedzę z wami.
-Huh no dobra Hemmo, to do jutra, a ty przygotuj się na nie lada wyzwanie.
-Do jutra!
Zakończyła rozmowę i wróciła do środka.
Spodziewała się tam chłopaków, Natalie, ale nikogo nigdzie nie było. Przeszła jeszcze kilka kroków wołając ich i rozglądając się za nimi, ale nigdzie nie mogła ich dostrzec.
Z jednej strony zdziwiona, a z drugiej przerażona nie wiedziała, co ma robić.
Nagle zadzwonił jej telefon. Nie patrząc na wyświetlacz odebrała go szybkim ruchem dłoni.
-Halo..-chciała spytać, kto dzwoni, ale głos po drugiej stronie jej przerwał.
-Cześć kochanie, pamiętasz mnie?
-Nie, nie, nie. Zostaw mnie, rozumiesz?!-krzyknęłam do telefonu po czym się rozłączyła.
Teraz serio się bała. Poszła szybko do kuchni i wyciągnęła z szafki największy możliwy nóż. Obróciła się dwa razy wokół własnej osi i stanęła w miejscu. Cisza gwizdała jej w uszach.
Nagle ktoś przytknął do jej nosa i ust ścierkę nasiąkniętą jakąś nieznaną jej cieczą, która spowodowała, że od razu straciła przytomność i upadła na ziemię.
To nie był Luke, jej niedoszły mąż siedział teraz w więzieniu i tylko planował ucieczkę.
Trzech starszych panów i jeden młodziak zabrali Hope do jakiegoś większego vana, w którym reszta leżała równie nieprzytomna, co ona.
Obudziła się w jakimś podejrzanym miejscu.
Była sama w ciemnym pomieszczeniu. Wokół niej było wiele różnych rur, dostrzegła też jakiś otwarty dostęp wody.
Nie umiała nawet określić gdzie się znajduje, która jest godzina ani jaki był dzień.
Podniosła głowę i zobaczyła postać zmierzającą ku niej z pistoletem w rękach.
-Uspokój się, wstań powoli i chodź za mną-powiedziała podążająca w stronę Hope kobieta.
-Nie wiem czy siebie słyszysz, ale to ty trzymasz pistolet w moją stronę i mówisz mi, żebym się uspokoiła. Albo to nie ma sensu, albo jestem głupia.
-Nie gadaj tyle, tylko chodź za mną.
Knightsdale wstała powoli i ostrożnym krokiem powędrowała za blondi.
Dotarła z nią do jakiejś dużej sali, w której siedzieli jej współlokatorzy. W kącie zobaczyła obcego chłopaka opartego o ścianę. Podeszła do niego.
-Co jest grane? E, chłopczyku, umiesz mówić?
-No więc wiesz...Nie zawracaj mi głowy i siadaj obok tamtych ok?
-Przepraszam, nie będę zawracać twojej książęcej główki prostym pytaniem.-Odpowiedziała sarkastycznie, po czym usiadła obok Zayna.
-Malik, która godzina?
-12.58, co?
-Ile "spaliśmy"?
-Niecałe dwie godzinki, luzik.
-Huh dziena. Długo tu siedzicie?
W tym momencie wszedł do pokoju niski brunet pod czterdziestkę.
-Nie, może dziesięć minut dłużej od ciebie.
-Przepraszam, a my jesteśmy na ty?-Zareagowała natychmiast Hope.
-Wybuchowa, będzie się działo. Ale rzeczywiście, masz rację-stwierdził mężczyzna podchodząc do dziewczyny i wyciągając ku niej dłoń.-Nazywam się Richard Hammond i jestem porucznikiem policji. Razem z moimi dwoma kolegami po fachu oraz małą grupą specjalistów postanowiliśmy zaangażować was w pewien projekt.
Dziewczyna podała mu rękę patrząc na niego podejrzliwie.
-Acha, no wszystko fajnie, tylko czemu do cholery akurat nas?-wtrącił się Harry.
-Dobre pytanie-odpowiedział mu mężczyzna wchodzący do pomieszczenia.-Ale odpowiedzi na razie nie zdradzę. Musi zostać jakaś tajemnica, prawda?
-Nie?
-A zdradzicie chociaż, po co my wam jesteśmy tak w ogóle potrzebni?-Zapytała Natalie.
-To akurat nie jest tajemnica-odparł Richard.
-Jestem James i razem z Hammondem i nieobecnym na razie Clarksonem oraz tamtymi no, będziemy was przygotowywać do hmm..
-Czekaj, chyba już wiem-odezwał się Horan-chcecie się nami wyręczać, tak? Tylko do cholery nie wiem po co.
-Policja sobie nie radzi? Ojoj.-Wtrąciła Hope.
-Haha ale ta młodzież zabawna-odrzekł lekko nerwowo James.
-Próbuj dalej staruszku.
-Zamkniesz się?-spytał niesłyszany dotąd głos chłopaka z kąta.
-Synek tatusia?
-Myśleliśmy, ze będziecie zainteresowani. Wasze cechy charakteru na to wskazują.-powiedział Richard dziękując gestem chłopakowi spod ściany.
-Na razie nie wiemy czym mielibyśmy być zainteresowani-zauważył Tomlinson.
-Pozwól, że wyjaśnię. Nie od dziś wiadomo, że wschodnia część naszego miasta jest ostatnio dosyć niebezpieczna. Wiele młodych ludzi, takich jak wy, ubzdurało sobie, ze to oni są panami świata i mogą sobie rządzić na tych terenach.
-Waszym zadaniem-przerwał Hammondowi James-będzie zakończyć ich panowanie w tamtych dzielnicach. Zostaniecie anonimowi i od dziś będziecie mieszkać tutaj. Nie ukrywam, że zapewne kilka osób jeszcze do was dołączy.
 -Tylko sobie nie myślcie,-powiedział mężczyzna, który nagle znikąd pojawił się z nimi w pomieszczeniu-że to są jakieś wakacje lub nagroda. To będzie wasz najcięższy obowiązek. Już ja o to zadbam, aby na waszych szkoleniach panował rygor i-wysoki "Pan Znikąd" nie mógł skończyć, ponieważ przerwał mu śmiech jego kolegów.
-Hahahahhaahahahha naprawdę? Ty i rygor? Hahahahhaha Od dziś będziesz Jeremy Suchar Clarkson-mówił przez śmiech Hammond.
-Możecie nie podważać mojego honoru co.
-Najpierw musiałbyś go mieć Clarkson!
-Ekhem-odkaszlnął specjalnie Liam.
-Ah tak-ocknął się Richard-w takim razie zostało nam powiedzieć wam, co i jak. Jutro budzicie się o 7. O 8 macie śniadanie w jadalni, która znajduje się za tymi drzwiami. Na drzwiach waszych pokoi jest wasze imię, więc na pewno traficie.
-Sorry, że przerwę, ale mam dwa pytania. Kim jest ta babka, która podeszła do mnie z pistoletem i kim jest ten knypek spod ściany.
-Ten "knypek spod ściany" jak to ujęłaś, to mój syn. Za to tamta dziewczyna jest jedną z osób, które będą was hm szkolić, tak to dobre słowo.
-Będziemy mogli stąd wychodzić, no nie?
-Jutro jeszcze tak, potem tylko w soboty. Robocze dni tygodnia i tak będziecie mieli zajęte.
-Jak długo tu zostaniemy?
-Termin jest jeszcze nieokreślony.
-A ile osób chcecie jeszcze dorzucić?
-Chyba ze 3, bo tyle zostało nam pokoi.
-A ten twój synek, to tu nie mieszka, no nie?
-Na twoje nieszczęście, mieszka. Godziny posiłków będą stałe. A i najważniejsze. Wszystkie wybryki będą surowo karane.
-Jak surowo?
-Przekonasz się jak zasłużysz moja droga.
-Ew, aha ok, możemy sobie iść?
-Do pokoi tak.
-Nie, ja chce stąd wyjść no nie? Bo chyba mamy jakiś wybór i możemy się nie zdecydować, tak?-spytała Hope podnosząc się z czerwonej kanapy.
-Tak właściwie to nie, nie macie wyboru-odpowiedział jej z uśmiechem na ustach Jeremy.
-Super, a mogę sobie tak w ogóle wyjść, czy też nie?
-Też nie. I tak, nie pozwalam ci, bo mam taki kaprys. Teraz siadaj.
-Oh no ekstra, już mi się podoba. Przepraszam, ale skąd mam wziąć swoje rzeczy?
-Huh nie pomyślałem o tym. Dobra, Dylan bierz ich i jedź z nimi po ich rzeczy niech się spakują. Tym razem wygrałaś młoda.
-Phi ja zawsze wygrywam.
-Nie zawsze-dodał Horan z cwaniackim uśmiechem.
-Ty to się znasz, pf.
-Dobra chodźcie, tylko się nie oddalajcie, bo się zgubicie haha.-Odezwał się Dylan.
Poszli z powrotem to vana, którym tam przyjechali.
Po 30 minutach wracali już do vana, przy którym stała Natalie z Dylanem. Rozmawiali. I chyba im się podobało, bo nawet nie zauważyli powrotu reszty.
-Halo, tutaj ci normalni. Mamy jechać czy mogę już zwiać?-powiedziała ironicznie Knighsdale machając im przed oczami dłonią.
-Ta, jedziemy już-odpowiedział jej wyraźnie niezadowolony Dylan.
Nagle zadzwonił telefon Hope.
Bez namysłu odebrała.
-Jesteś taka naiwna...

wtorek, 6 maja 2014

3.

W szpitalu stwierdzili, że Hope zemdlała z powodu wycieńzenia fizycznego i psychicznego. Podczas badań zauważyli u niej duże odwodnienie spowodowane najprawdopodobniej wymuszonymi wymiotami. Gdy następnego dnia jej niedoszły mąż przyszedł ją odebrać ze szpitala czekało tam na niego już 3 funkcjonariuszy policji, którzy aresztowali go za usiłowanie zabicia kobiety. Rzucał się i krzyczał. Groził Hope, że ją zabije. Krzyczał, że zostawił po sobie w niej groźną pamiątkę, która może zabić ją za niego. Lekarze zastanawiali się o czym on mówił, ponieważ Hope nie była w ciąży. Ona wiedziała o czym on mówił. Dobrze wiedziała, co miał na myśli.
Hope ze szpitala odebrała Natalie. Zawiozła ją do siebie do domu, po czym poszła po jej rzeczy do domu, w którym mieszkała z Lukiem.
Ich mieszkanie nie miało typowego.przedpokoju. Wchodziło się od razu do salonu połączonego z kuchnią.
Gdy tylko przeszła próg poczuła mocny zapach alkoholu zmieszany z narkotykami i niedopalonymi petami. Na ścianach gdzie niegdzie widać było ślady po krwi. Wszędzie było pełno potłuczonego szkła. Stół, blaty i barki były pozastawiane brudnymi naczyniami. Śmieci nie leżały nawet w koszu. Wysypywały się z niego. Obrazy były albo poniszczone, albo przekrzywione, albo leżały na ziemi. Okna były pozasłaniane.
Przeżyła szok.
Przeszła kawałek ostrożnie potrącając opakowanie leków. Podniosła je.
-Usypiał ją?!
Schowała proszki do torby i poszła dalej.
Otworzyła drzwi jej pokoju. Mocno pachniało w nim wódką i spirytusem.
Jej łóżko było w większości pokrwawione. Podobnie ściany.
-Wykorzystywał jej pokój jako salę tortur dla niej...
Na stoliku przy łóżku leżał talerz z nietkniętym jedzeniem, a obok niego szklanka wody. W rogu stolika stały dwa opakowania tabletek. Jedne nasenne, a drugie antydepresanty. Na ziemi leżał pas, sznur, jakieś kable. Na szafce nocnej obok rozbitej lampki leżały kawałki zbitego lustra, żyletki i butelka z alkoholem.
Na ścianie wisiało ich wspólne zdjęcie z początku znajomości. Kiedy Luke się nad nią nie wyżywał, a Hope była zdrowa i szczęśliwa. Wisiał krzywo i w jednym miejscu był przebity.
Drzwi od jej łazienki były otwarte. Nie wiedziała czego ma się spodziewać.
Jednak to miejsce wydawało się nieprawdopodobnie czyste. Dziwne, że oszczędził akurat łazienkę.
Natalie była po prostu przerażona tym, co się u nich w domu działo.
Wiedziała, że jest źle, ale nie wiedziała, że aż tak.
Spakowała rzeczy Hope i jak najszybciej wyszła stamtąd.
Wciąż w szoku wróciła do domu. Chciała porozmawiać z jej przyjaciółką o tym, co się u niej tam działo i dlaczego nigdy nie dała po sobie poznać, że jest aż tak źle, ale zastała ją śpiącą.
Po południu przyszli jej współlokatorzy. Od razu o nią wypytali.
Hope nadal spała w salonie.
Obudziła się na wieczór. Wśród wszystkich. Oglądali jakiś film.
-Dzień dobry-powiedziała na wpół zaspanym głosem.
Od razu odpowiedzieli entuzjazmem.
Następnego dnia podczas gdy oni poszli coś załatwić, Hope została pod opieką Niall'a.
-Hej.
-Cze, chcesz coś?
-Ta, zrobił byś mi jakieś zjadliwe śniadanie, co?
-Jasne-powiedział odwracając się w stronę lodówki.-A teraz przyznaj, jak bardzo tęskniłaś za mną?
Parsknęła śmiechem zasłaniając usta dłonią.
-To, że ty umierałeś z tęsknoty do mnie, nie znaczy, że ja musiałam umierać z tęsknoty do ciebie.
-Kogo ty próbujesz oszukać? Za taką buźką nie da się nie tęsknić.
-Nieprawdopodobne, a jednak-spytała idąc do salonu i włączając telewizor.
-Haha dobra skończ z żartami i przyznaj, że odliczałaś godziny do spotkania ze mną-mówiąc to przyniósł jej kanapki z jakimś czekoladowym kremem i usiadł obok.
-Tak bardzo tęskniłam, że odliczając godziny usnęłam haha. Proszę cie, prędzej bym zatęskniła za szpitalnym jedzeniem niż za tobą. To nie moja wina, że to za mną się tęskni, a ja nie tęsknię.
-Haha słucham? Coś ci się pomyliło koleżanko, to pewnie przez to, że ci tak na mnie zależy wszytko ci się pokręciło.
-Wiesz, robić takie proste rzeczy typu kanapki to umiesz, ale widzę, że kłamanie, zmyślanie i ripostowanie ci nie wychodzi. Jak się nauczysz to mnie zawołaj, boję się tylko, że nie dożyję tego momentu.
-Za to ty się całkiem nieźle starasz ukryć te ogromne uczucia do mnie.
-Błagam przestań, bo zwymiotuję.
Przedrzeźnił ją i powiedział wyciągając do niej dłoń:
-Dobra, to zakładzik może? Zakładam się z tobą, że to ty za mną cholernie tęskniłaś i udowodnię ci to.
-A ja ci mówię, że to ty za mną szalejesz i również ci to udowonie-odparła podając mu rękę.-No dobra, ale kto przetnie i o co się zakładamy?
-Hm wygrany będzie miał satysfakcję, to chyba dużo.
-Nie dla mnie, hmm. Przegrany, czyli ty, będzie wykonywał moje polecenia przez okrągły miesiąc.
-Niech będzie, choć nie nazywam się przegranym. Powiedział bym raczej, że pomyliłaś osoby.
-Pf, ty i twoje ego.
-Przyganiał kocioł garnkowi?
-Ha ha, próbuj dalej ciołku. Dobra nikt nie będzie przerywał, pieprzyć to, zakład i tak jest ważny bezterminowo.
-Powodzenia.
-Tobie się przyda bardziej-powiedziała wstając i odnosząc talerz do zmywarki.-Wrócili-dodała wychodząc na zewnątrz.
Przywitali się z nią i poszli do środka.
Wykręciła czyjś numer w telefonie.
-Hemmo? Hej młody, słuchaj jest sprawa...

sobota, 3 maja 2014

2.

Nie zdążyła im powiedzieć gdyż Luke oświadczył się jej tuż przed jej ucieczką. On się jej oświadczył, ona powiedziała nie, po chwili leżała skulona na podłodze, on wcisnął jej pierścionek na palec, podniósł do góry za włosy i posadził na kanapie, sam wyszedł do łazienki, a ona podeszła do drzwi i powiedziała "każdy twój czyn, niesie za sobą konsekwencje, nie wyjdę za ciebie", po czym wybiegła, a on za nią.
Nie mieli kiedy się dowiedzieć.
A teraz leżała w sali szpitalnej podłączona do aparatury, która pomagała jej żyć. Liam i Louis poszli spać. Wziął do ręki jej drobną dłoń i przejechał kciukiem po pierścionku. usiadł przy niej nie puszczając jej dłoni. Przy świetle 'dnia', które wpadało przez okno, odnalazł jej twarz. Nie było już na niej krwi. ani na twarzy, ani na szyi, ani na rękach. była trochę blada przez co wyglądała na jeszcze bardziej słabą i bezbronną. Schował jej dłoń w jego rękach. Próbował ogrzać jej zimne ręce, więc zbliżył jej dłoń do swoich ust i chuchnął na nią, po czym przejechał po niej kciukiem i już chciał pocałować gdy zauważył pierścionek i wyszeptał tylko:
"mam nadzieję, że nie zrobisz tego i nie zgodzisz się na własną śmierć" .

Rano w szpitalu był Luke z kwiatami. Przeprosił ją, ale również groził, że jeśli nie wróci ze szpitala do domu, to tego pożałuje.
Gdy następnego dnia przyszli odwiedzić ją do szpitala nie zastali jej tam. Lekarze poinformowali ich, że Hope wypisał jej narzeczony z samego rana.
Po tym wydarzeniu nie widzieli jej przez kilka miesięcy. Nie widywali się z nią. Nie mogli, bo on zamknął ją w pokoju i dostarczał tam jedzenie, przychodził tam. To był dla niej spokojniejszy okres.
Później we wrześniu nagle Luke zabrał ją do nich do domu. Rozdawali zaproszenia na ślub. On starał się uśmiechać. Ona nawet nie próbowała. Gdy on szedł z nią do samochodu, Niall zatrzymał Hope.
-Nie przyjdę-wyrzekł stanowczo.
Hope tylko spojrzała w dół, po czym usłyszała krzyk Luka za nią, więc delikatnie przejeżdżając po dłoni Horana wybiegła do narzeczonego. 
Po raz kolejny zobaczyli ją dopiero na ślubie. Stała tam w białej sukience do ziemi i patrzyła w przestrzeń. Jej twarz nie wyrażała żadnych uczuć. Wszyscy siedzieli jak na szpilkach, bo głośno było o tym, jak on ją traktował. Tylko jego rodzice byli zachwyceni. Jej rodziców nie było. Nawet ksiądz dwa razy powtarzał kwestię "Jeśli ktoś zna przyczynę, dla której ta para nie może zostać małżeństwem niech powie ją teraz lub zamilknie na zawsze". I co prawda było słychać jakieś szepty, ale nikt nie powiedział nic na głos. Gdy Pan młody powiedział już tak i przyszedł czas by jego wybranka zrobiła to samo, ona milczała. Luke się denerwował, a zaproszeni bali.
Nagle upadła. Zemdlała i spadła po schodach tuż pod nogi zaproszonych. Drużby zeszły spod ołtarza i uklękły przy Pannie młodej. Ktoś zadzwonił po karetkę. Po chwili podszedł do niej Luke. Już miał ją kopnąć, aby się obudziła, ale widząc tych wszystkich ludzi opanował typowy dla niego odruch.
Kucnął przy niej i zaczął udawać troskę w myślach wyklinając ją.

1.

było już ciemno.
wybiegła z domu.
płakała.
jej oczy z każdą kolejną łzą wydawały się coraz większe i bardziej zielone, a jej rzęsy jeszcze dłuższe.
pięknie wyglądała jak płakała.
biegła bo chciała uciec.
było mocno po 23, wszędzie śnieg. w końcu mamy gwiazdkę.
pobiegła na ulice.
chciała uciec do domu, w którym czuła się bezpiecznie.
do domu, w którym mieszkali jej przyjaciele.
tam, gdzie sama kiedyś mieszkała. 
nagle poczuła jak ktoś zakrywa jej silną dłonią usta.
-cześć kochanie, czemu uciekłaś? nie myślałaś chyba, że ci na to pozwolę. och zawsze miałaś takie niesamowite poczucie humoru.
coś mu od bełkotała. 
-ależ kochanie, czemu tak głupiutko zrobiłaś? przecież wiesz że każdy twój czyn niesie za sobą konsekwencje, prawda? sama mnie tego uczyłaś, jeszcze przed chwilą, o tam w domu...
znów coś zabełkotała.
-kotek możesz przecież wrócić ze mną do domu ale jeśli nie chcesz ze mną wracać, no to cóż, nie wrócisz.
nagle wybiła mu w brzuch swój łokieć, a gdy ten skulił się z bólu, ona zaczęła uciekać. dobiegła do furtki od ogrodzenia domu jej przyjaciół. w tym momencie ją dopadł. złapała się furtki, ale on próbował ją odciągnąć od niej. krzyczała. chciała ich obudzić. gdy ona wolała o pomoc coraz głośniej, on zatkał jej usta dłonią, a drugą ręką wyjął z kieszeni rozkładany nóż. szybkim ruchem go otworzył. już po chwili ostre narzędzie znalazło się w jej ciele. kaleczył jej wnętrze powoli i bardzo boleśnie. jeszcze ciepła z powodu adrenaliny krew zaczęła wypływać jej z ust. on nagle wyjął broń z jej brzucha, a krew którą na nim zobaczył wytarł o jej policzek. ból był tak przeszywający, że nie miała siły wydać z siebie najmniejszego dźwięku. krew spływała z jej ust coraz szybciej, a biała sukienka w miejscu nacięcia była już bordowa. spokojnym ruchem położyła swoje dłonie w miejscu gdzie przed chwilą był nóż jej narzeczonego. twarz i szyję miała prawie całe we własnej krwi. czerwona ciecz zaczęła spływać również po jej nogach. nie potrafiła, nie miała sił by krzyczeć. on otworzył furtkę i wepchnął ją przez nią na teren ich podwórka. dzięki sile pchnięcia przeszła kilka kroków, a potem od razu upadła. on uciekł do domu. leżąc na zimnej ziemi zaczęła zabarwiać śnieg swoją krwią i cierpieniem. twarzą była zwrócona ku budynku, w którym mieszkali jej przyjaciele, a niegdyś i ona z nimi. zauważyła zapalone światło w dobrze znanym jej pokoju. wydała z siebie ostatni szept z wołaniem o pomoc, wyczerpując jednocześnie resztki swoich sił i nadziei. ostatnim, co dane było jej ujrzeć był widok szybko zmierzającej ku niej sylwetki jednego z jej przyjaciół.
uklęknął przed nią załamując się jej stanem. zaczął lekko płakać. bał się jej śmierci. wziął ją na ręce i przytulił do swojej klatki piersiowej, której w pośpiechu nie zdążył niczym okryć. przycisnął ją do siebie mocniej jakby się bał, że zaraz ją straci. wstał i pobiegł z nią do domu. w kuchni stali jego przyjaciele, których kazał obudzić Lou. wszyscy nagle otrzeźwieli gdy zobaczyli z czym wrócił Horan. pierwszy krok ku Niallowi i Hope zrobiła Natalia. jej dłonie z prędkością światła zakryły jej twarz. Harry pociągnął ją do siebie.
-to on...prawda-spytała Natalia.
Niall tylko zamknął oczy i pochylił głowę w odpowiedzi. Louis dzwonił po karetkę pogotowia.
-wiedziałem, że to się tak skończy. czułem to-wyszeptał chowając telefon.
Niall spojrzał na nich, a następnie na jej twarz. odgarnął jej włosy i wytarł krew z kącika jej czerwonych od krwi ust. po chwili karetka była już na miejscu. on zaniósł ją do karetki i pojechał razem z nią do szpitala. reszta dojechała tam samochodem. w szpitalu zabrano ją Horanowi z dużą trudnością. nie chciał jej puścić.
-zabrali ją?
pokiwał głową w ramach odpowiedzi na tak.
wszyscy czekali na wyniki badań i operacji. w pewnym momencie wyszedł z sali lekarz i powiedział o problemach z powodu przeszczepu serca. z każdą chwilą coraz bardziej bali się o jej życie. koło godziny 3 nad ranem gdy już tylko nie spał Niall, Louis i Liam z sali wyszedł ten sam lekarz z informacją na którą tyle czekali.
-jej organizm jest bardzo słaby, to cud, że...
-będzie żyć-zapytał z desperacją w głosie Niall.
-będzie żyć-powiedział z delikatnym uśmiechem na twarzy.-rozumiem pan jest narzeczonym pacjentki?
-przepraszam, co..?
-dziewczyna miała na palcu pierścionek typowo zaręczynowy, więc się pytam dla pewności.
-nie, to nie ja jestem narzeczonym-powiedział zrezygnowany.
oni nie wiedzieli nic o zaręczynach. nie mieli kiedy się dowiedzieć. nie zdążyła im powiedzieć gdyż Luke oświadczył się jej tuż przed jej ucieczką. on się jej oświadczył, ona powiedziała nie, po chwili leżała skulona na podłodze, on wcisnął jej pierścionek na palec, podniósł do góry za włosy i posadził na kanapie, sam wyszedł do łazienki, a ona podeszła do drzwi i powiedziała "każdy twój czyn, niesie za sobą konsekwencje, nie wyjdę za ciebie", po czym wybiegła, a on za nią.
nie mieli kiedy się dowiedzieć.